Translate

piątek, 22 lutego 2013

Grochy Pasy Ananasy


Muszę zmienić charakter bloga. Musze go rozszerzyć o moje szycie, bo w innym przypadku, posty będą się pojawiać chyba raz na miesiąc:) 
Kupiłam, ostatnio materiał w grochy i pasy i uszyłam poduszki. Wyglądają cudownie, szkoda, że  nigdzie mi nie pasują, bo są niezmiernie fajne. Nie wiem jak takie rzeczy traktują inne szyjące, ale ja chyba zostawiłabym sobie wszystko dla siebie-ha,ha :) Mam nadzieję jednak, że to tak tylko na początku, i że moje podusie się sprzedadzą. Materiał w grochy bardzo mi się podoba, żałuję  że nie mam w innych kolorach, chyba jakieś pudełka sobie zrobię? I tak mam ich pełno na różne drobiazgi, można by je odświeżyć..
I takie mam pytanie do Was-co byście woleli? Poduszkę w całości czy poszewkę? Bo ja szyje poduszki, do prania w całości, tak jakoś zaczęłam robić i zostało mi tak. Lubie to, że poduszka jest fajnie naciągnięta, a i z praniem nie ma dla mnie problemu, bo jak jest do odświeżenia to po prostu piorę całość i całość jest czyściutka i pachnąca.Jakoś tak mam, że wtedy mam prawdziwe poczucie tego, że rzecz jest świeża i czysta.
Zostawiam Was ze zdjęciami nowych poduszek, niektóre z Was już widziały na FB, jestem Wam bardzo wdzięczna za każde polubienie i każdy komentarz tam:)
http://www.facebook.com/pages/D%C5%BCoena-szyje/379424692126639?ref=hl

Ps. zrobiłam jakieś zmiany w stronach , ale chyba mi się ten post zapisał w kosmosie :( Chciałabym mieć zakładki-Szycie, Moda, Podróże i w każdej zakładce odpowiedni post. Nie wiem jak to zrobić :(






czwartek, 14 lutego 2013

Miami-moim okiem i podobająca się bluzka:)

Pogodzona z tym, że nie nadaję się do pokazywania mody , wracam do moich odgrzewanych kotletów czyli Florydy. 
Miami-ach, pojęcia nie macie jak marzyłam o tym, aby udało nam się tam wybrać. Wygospodarowaliśmy jeden dzień, jeden tylko niestety, ale był taki fajny:)Mój malutki synuś, wtedy jeszcze tylko jeden, został z babcią a my ruszyliśmy do Miami pociągiem.


Wiecie, nigdy się nie boję podróżować z moim mężem. Jest dla mnie taka ostoją, że gdyby nagle mnie gdzieś zostawił, to chyba bym usiadła w kąciku i zakryła oczy , aby nic nie widzieć wokół. Czekałabym.
Pociąg śliczny, czyściutki, przestronny, jedzie cichutko.
ps. męża wklejam na chwilkę, po cichu, chwalę się, bo mam kim-a jutro Walentynki:)

Bilet w obie strony na osobę to 10$ ,ale na ten sam bilet jechaliśmy potem jeszcze jedną kolejką w obie strony do takiej stacji przesiadkowej . Czyli ogólnie tanio.Ku mojemu zdziwieniu niektórzy nie mają nic przeciw kładzeniu nóg na siedzeniu, w butach. Troszkę się dziwiłam, ale nagle mnie olśniło , że tam po prostu jest czysto.Nie chodzi o to, że nikt nie brudzi, ale tam nie ma tego błota, brudu, kurzu, który osiada na wszystkim i po prostu robi syf. Tam można przejść na bosaka i noga się nie ubrudzi.Niesamowite! Bardzo fajne, tam samochód może być biały a po 4 miesiącach od mycia nadal jest biały i błyszczący. Bo nie ma kurzu, pyłów, brudu w powietrzu. No i łajna na chodnikach.Taka przejażdżka to wielka okazja do obserwacji, tylu ludzi, tyle narodowości, tyle stylów, fryzur-wszystko mnie fascynowało. A najbardziej mnie fascynowała jedna stacja, Brownsville czyli Brązowe Miasteczko. Wtedy już przesiedliśmy z pociągu do takiego metra naziemnego. Na tej stacji  wsiedli sami afroamerykanie. I to tacy z wojny gangów! Ło matko, ale się bałam, nie wiem jak to się stało, ale ja po prostu czułam narastająca panikę. Wszyscy tacy dokładnie jak w filmach. Zupełnie nie kontrolowałam emocji. A najciekawsze, ze mąż też jakoś w okno zapatrzony był:)No tacy cichutcy się zrobiliśmy:)A... zapomniałam, że poprzednia stacja nosiła nazwę Martina Luthera Kinga Jr., po prostu zero skojarzeń:) Ale było na co popatrzeć. 
Po przybyciu do Miami czułam się jak zwycięzca! Miałam mnóstwo energii, chciałam krzyczeć "jestem tu! Ha! jestem tu naprawdę!". Może to małomiasteczkowe, może powinnam wysiąść , spojrzeć i lakonicznie powiedzieć-no..fajnie, fajnie...-ale nie jestem taka:) Miałam ochotę skakać z radości 

Właściwie, nie mieliśmy żadnego planu na ten dzień, bo tak naprawdę wyjazd był ustalony późnym wieczorem poprzedniego dnia, kiedy okazało się, że nic ważnego ani ciekawego na następny dzień nie ma zaplanowanego. Postanowiliśmy połazić. Zeszliśmy na dół i ruszyliśmy po prostu w stronę Bayside. Zwiedzaliśmy sklepy, obserwowaliśmy ludzi, i zauważyłam coś wspaniałego. Sklepy były ułożone branżowo-tzn. jubilerzy obok siebie, ileś tam sklepów, odzieżowe obok siebie itd. teraz już nie pamiętam  ale całkiem możliwie że takie uliczki można by z tego stworzyć. Zresztą, tam mają taki zwyczaj, że jak są knajpy i dyskoteki czy kluby-to wszystkie są na jednej ulicy, obok siebie. A nie tak jak u nas, jak chce się zmienić knajpę to trzeba się przejść na spacer albo przejechać taxi. Wychodzisz i wchodzisz obok po prostu.Super. A wystawy jubilerskie to mi się podobały, było tam coś iście amerykańskiego czyli ogromne złote łańcuchy z ogromnymi złotymi zawieszkami-np. krzyżami. Pamiętacie BA z Drużyny A? No własnie:) Taka biżuteria na wystawie:)

Doszliśmy do Bayside czyli tam gdzie ląd ustępuje miejsca wodzieweszliśmy na  taras widokowy i zjedliśmy kanapki a przy okazji zauważyliśmy, że z prawa jest Hard Rock Cafe-więc nie obyło się bez wizyty.

Miejsce kultowe, miejsce super, i najważniejsze wspaniały Jim Morrison-moja miłość z młodych, szalonych czasów. Jedna kelnerka ,a właściwie sprzedawca pamiątek miała męża Polaka, było troszkę śmiechu,bo jak wyszliśmy to się okazało, że nie kręciliśmy i wróciliśmy tam ku radości obsługi. 

cała trójka-zdjęcie z netu

słodki napis przy wejściu:)



doskonały bar-niestety to był środek dnia, więc i klientów maleńko


Potem pooglądaliśmy ceny rejsów, bo mąż zauważył, że choćby nas miało potem nie stać na nic to chyba by żałował, gdybyśmy nie popłynęli no i tak się stało. Znaczy nie żałuje, popłynęliśmy   . Ale to może już w drugiej części opiszę. Zbyt długi post, może sprawić, że ktoś nie przeczyta do końca, choćby z braku czasu.  Zresztą z rejsu mam wiele zdjęć  które też pewnie chciałabym pokazać, więc tu wkleję jeszcze zdjecia z przechadzki po Miami.

za mną w tle, nasz stateczek czeka na rejs, i na nas:)rejs kosztował 50$



Bayside od strony oceanu-to różowe to pasaż handlowy, taki jak zdjęcie następne .Te dwa zdjecia są z internetu.



cuda po prostu, uwielbiam to, że auta są tam takie błyszczące, a ciężarówki-po prostu piękne monstra:) spójrzcie na zderzaki-można się w nich przeglądać!



Może wspomnę jeszcze tylko o tym, że bluzeczka, która mam na sobie, bardzo się spodobała w Miami. Panie zerkały a jedna Pani mnie zaczepiła w Hard Rock Cafe właśnie i zapytała, gdzie taka kupiłam, więc z dumą odrzekłam że w Polsce. Kupiłam ją przed wyjazdem, specjalnie aby tam zabrać, jak dla mnie nie była tania-49 zł w Vero Modzie, zwykle uda mi się ustrzelić tam dużo tańsze cuda, ale był ważny powód przecież:)
Przepraszam, za te białe zdania, ale niektóre informacje przykleiłam sobie z innych wspomnień moich i mimo ich edycji-pozostały na białym tle.

czwartek, 7 lutego 2013

Home made Hand made DIY i co tam jeszcze

Przyznam. Okropnie mnie to rajcuje:)Mam z tego powodu bajzel (wszędzie jakieś poduszki, materiały) i ogromnie wiele radości:) 
Jakieś 3 dni temu powyciągałam z szafy ubrania, aby je poukładać i mieć porządek, i dopiero dzisiaj schowałam, bo przyszła Mama. Ale tak poszukałam, popatrzyłam i stwierdziłam, że mam prawie nic (fajnie brzmi:)) tak do zarzucenia na szybko. Oczywiście wykupuje promocyjne kardigany-mój nowy łup za 20 zeta jest pudrowo-różowy-ale chodzi mi o bluzę konkretnie. Kupiłam jedną w cudnym kolorze i kroju w zeszłe lato, ale ma taki napis-który niektórzy, niestety źle tłumaczą, wiem, bo czytałam w necie. Ale kupiłam bo piękna jest i coś naszyję, skoro już wiem, że potrafię:) 
 Ostatnio moja koleżanka z przyjaciółką założyły bloga, fajnego, życiowego,  inspirującego-Boginie Przy Maszynie- i tam zrobiły bluzę fajną ze zwykłej bluzy. Ja niestety od wielu lat mam manię kupowania rzeczy, po to, aby przerobić. Takie rzeczy potem u mnie leżą, latami dosłownie, bo szkoda mi ich wyrzucić. Ale jakoś o bluzie nigdy nie myślałam,  a faktycznie podobne teraz są w Zarze czy innych "wiodacych" naszych wyroczniach.Pojechałam do sh na łowy kratek na aplikacje, a znalazłam bluzę w kolorze cudnym, z okropnymi ściągaczami, wstrętnym emblematem, ale poza tym bez wad:) Pomyślałam o blogu dziewczyn i postanowiłam przerobić. Upitoliłam ściągacze  wywinęłam brzegi i przeszyłam a potem na emblemat naszyłam kawałek swetra. Średnio wyglądało, więc ze ściągacza zrobiłam serduszko i przyszyłam na łatę ze swetra. Nie muszę dodawać chyba, że oba materiały są chyba najmniej wdzięcznymi do szycia-rozciągają się, rozłażą, wysysają ostatnie pokłady cierpliwości, ale dałam radę. Nie jest idealnie, ale jak to się mówi, z daleka nie widać:)Bluza bardzo mi się podoba. Na pewno będę ją nosić, od razu pomyślałam oczywiście o tym, aby je zacząć-obok poduszek- "produkować". Tylko że znając moje szczęście, nikt by nie kupił. Osobiście mam jeszcze białą do przerobienia i mam już na nią pomysł.
Bardzo mi się też podoba, takie sportowe wydanie moje:) Okulary są na nosie, bo jestem przeziębiona, mam oczy zmęczone, zaczerwienione i ogólnie do bani. Więc zakryłam. Buty z Centro-15 zł kosztowały w sumie i z zaskoczeniem stwierdziłam, że wygodne wielce, nie ślizgają się, ciepłe i całkiem urodziwe. Mają wywijane futerko. Latem do takiego zestawu na wieczorny letni spacer( rany, nie mogę się doczekać już) będę miała podwinięte spodnie i jakiś klapek cudny pewnie:) 
Ach, ile radości z takiej przeróbki:)
Ps. na zdjęciu z tyłu widać co mam odchudzić-he,he:):):)